środa, 20 marca 2013

W rytmie powtórzenia. Loża Szyderców

 „Tylko to, co nowe może znużyć. To, co dawne, wcale nie nuży i czyni cię szczęśliwym – dzięki powtórzeniu” – napisał Kierkegaard. Czy nie jest tak, że piosenka, którą słyszymy w radiu po raz setny zaczyna nam się podobać, właśnie dzięki temu, że ją znamy? Widziana w windzie, w tramwaju twarz wydaje nam się „bezpieczna”, bo została „powtórzona” odpowiednią ilość razy?  Jest w tym jakiś tajny „marketing” programowany przez życie… 

Tematem POWTÓRZENIA zajęłam się kilka lat temu w związku z przygotowywaniem pracy dyplomowej na zakończenie szkoły fotograficznej (2009 rok). Wymyśliłam cykl portretów przedstawiających moich przyjaciół w dwóch odsłonach. Pracę dyplomową zatytułowałam „W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz”.  

Inspiracją do stworzenia cyklu stał się dla mnie socjoprojekt Richarda Avedona „In The American West” . Pracownicy fabryki, pola naftowego, górnicy, włóczędzy, chłopiec żyjący z patroszenia węży, hodowca pszczół – a w tle: ascetyczna biel, podkreślająca wymowę każdego z ujęć. Pokochałam prace Avedona – nie za blichtr wielkiego show-biznesu w postaci zdjęć mody i celebrytów, ale za prostotę i prawdę „łamiących serce” portretów zwykłych ludzi. W 2009 roku miałam możliwość zobaczenia fotografii artysty na żywo, w Muzeum Sztuki Współczesnej w San Francisco. Mogę śmiało powiedzieć, że spełniło się jedno z moich marzeń! 

Zbiór moich dyplomowych prac zawiera 7 powtórzeń:

"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Kasia
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Dominika
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Magda
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Emanuel
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Patrycja
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Dagmara
"W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz" - Madzia i Drops

Powstało również moje własne "powtórzenie" - zestaw dwóch zdjęć tylko dla mojej przyjemności, który nie wchodził w zakres projektu:


I kilka zdjęć z wystawy Richarda Avedona: 
W drodze na wystawę, San Francisco 2009
Na zdjęciach: Richard Avedon - mój ulubiony fotograf

 
Do zdjęć należących do mojego projektu pozowały między innymi moje przyjaciółki ze studiów: Dagmara, Madzia i Patrycja. Zabrakło Soni – „piątego elementu” naszego składu, ochrzczonego przez nas żartobliwie mianem „Loży Szyderców”. Poznałyśmy się na pierwszym roku studiów i tylko przez rok byłyśmy w jednej grupie, a jednak przyjaźń przetrwała do dziś ( to już osiem lat!)… A podobno „na studiach nie ma przyjaźni” – jak powiedział kolega student podczas egzaminu z logiki, „profilaktycznie” zasłaniając swój arkusz egzaminacyjny niczym Jaś Fasola…  

W sobotę w ramach „powtórzenia” uwieczniłyśmy nasz skład na pamiątkowej fotografii:

Loża Szyderców, 2007 - od lewej: Madzia, ja, Dagmara, Patrycja, Sonia
Loża Szyderców, 2013 - od lewej: Madzia, ja, Sonia, Dagmara, Patrycja

Projekt „W rytmie powtórzenia. Moja druga twarz” posłużył mi również jako temat przewodni do pracy z komparatystyki na studiach. Napisałam esej stanowiący tło dla moich zdjęć. Chciałabym przytoczyć fragment: „Przekonuję się o wartości przyjaźni, kiedy siedzimy do trzeciej nad ranem i wymyślamy co by tu jeszcze. Bo najlepiej portretuje się ludzi, których znamy. Albo inaczej: na nich „ćwiczymy”, „wyrabiamy się” – ale właśnie dlatego i dzięki temu, że to oni pierwsi w nas uwierzyli, pozwolili uczynić z siebie materiał do pracy, odkryli swoje dusze przed nami. Trzeba pamiętać o tajemnicach, które nam powierzyli i strzec ich. Prawda nie jest wartością na sprzedaż. Czasami jest się tak blisko – „close enough”* – że trzeba się zatrzymać.”

* “If your pictures aren’t good enough, you are not close enough” - Robert Capa
Moje ulubione motto, w tłumaczeniu: „Jeśli twoje zdjęcia nie są dostatecznie dobre, to nie jesteś dostatecznie blisko”                                       

Pozdrawiam Was serdecznie, a szczególne pozdrowienia kieruję dziś do Eli z bloga http://www.lusiunias.blogspot.com, która niedawno opublikowała post pod tytułem "Druga twarz" - link tu 
Ela podczas wypadu do Opola skręciła kostkę... - życzymy jej szybkiego powrotu do zdrowia i formy!!!

piątek, 15 marca 2013

„Ja się nie cieszę, bo radość przecieszę”

Miałam pięć lat, gdy wypowiedziałam powyższe zdanie. Siedziałyśmy z siostrą na tylnym siedzeniu samochodu w drodze do znajomych rodziców. To były jeszcze czasy, kiedy ludzie odwiedzali się wzajemnie, często, bez zapowiedzi… Siostra zapytała, dlaczego się nie cieszę? Moja odpowiedź wynikała z głębokiego przeświadczenia, że istnieje ograniczona „ilość” radości i muszę sobie troszkę zostawić na później, żeby nie „przecieszyć” :-) 

I tak powiedzenie to utkwiło w „rodzinnej pamięci”. Martyna się nie cieszy, bo radość przecieszy… Zostałam smutasem. Zawsze musiałam się czymś zamartwiać – do tego stopnia, że zrobiła mi się bruzda na czole, taka sama jak u mojego taty (ale u niego powstała z… mądrości! :-)). Na szczęście teraz już wiem, że można cieszyć się życiem do woli, bez konieczności „doładowywania” konta! Uroczyście obiecałam mojej rodzinie, że nie zmarnuję już ani jednego dnia na bezsensowne zamartwianie się. Życie jest zbyt kruche, zbyt ulotne – i zbyt krótkie… 

Z moim życiowym „mottem” rozstałam się symbolicznie na naszym weselu. Mój tata przygotował dla nas niespodziankę – swój własny „show” z udziałem czarownicy – marionetki (czarownica wręczana jest na szczęście). Możecie wyobrazić sobie moje zaskoczenie, gdy Baba Jaga zapytana przez mojego tatę o to, czy cieszy się, że została zaproszona na wesele, odpowiedziała „Ja się nie cieszę, bo radość przecieszę!” Występ czarownicy był fantastycznym elementem popisu konferansjerskiego mojego taty i utkwił wszystkim gościom w pamięci… Baba Jaga przyjechała do nas z Bornego Sulinowa – miejscowości, w której mieszkają moi ukochani dziadkowie – i miała dla nas woreczek z toto-lotkiem od dziadzia (który z powodu choroby nie mógł przybyć na wesele) i „przykazaniami” na „wspólną drogę życia”. Staramy się wdrażać ten swoisty „dekalog” w naszą codzienność i dzielimy się nim  z wszystkimi nowożeńcami, u których mamy przyjemność się bawić. 

W mojej szafie powiało nowościami! Potrafię być konsekwentna (gdy tego chcę :-)) ! Przyrzekłam, że będę się cieszyć – i obiecałam sobie, że zacznę chodzić w sukienkach i spódniczkach (patrz: post pt.”Przegląd szafy” link tu), bo w nich wyglądam najlepiej. Podczas środowego uzupełniania garderoby, zakupiłyśmy z Lucy dwa świetnie pasujące do mnie modele sukienek oraz bardzo kobiecą bluzeczkę z baskinką. Lucy kupiła sobie buty. 

Pozdrawiam, Martyna




Operator suszarki do włosów - mój mąż - bardzo prosił, by podkreślić jego udział w tej sesji... ;)



Lucy kupiła sobie buty. Zdecydowała się na te w kolorze niebieskim :-)
"Występ czarownicy był fantastycznym elementem popisu konferansjerskiego mojego taty i utkwił wszystkim gościom w pamięci…"
Fot. Asia Stempniak

niedziela, 10 marca 2013

Być jak "Rajski ptak"

Do napisania tego wpisu zainspirowała mnie kolekcja Caroline Biss, zaprezentowana przez Agnieszkę na jej blogu http://laviolettee.blogspot.com (link do tego wpisu:klik ). Doszłam do wniosku, że powinnam wprowadzić do mojej szafy więcej zwariowanych, żywych kolorów. Tydzień temu robiłam „przegląd szafy”, kolejne trafne spostrzeżenie pomoże mi w kompletowaniu nowej garderoby – nie tylko na wiosnę! 

Mam w życiu to szczęście, że spotykam na swojej drodze wspaniałych ludzi – zarówno w blogosferze, jak i w życiu codziennym. Malwina jest jedną z tych osób - "darów", zesłanych mi z nieba przez dobry los. Poznałyśmy się w pociągu na trasie Zabrze – Katowice, przez koleżankę, z którą chodziłam do liceum plastycznego. Od tego momentu jeszcze wiele razy miałyśmy okazję pokonywać tę trasę razem – Malwina studiowała w Katowicach grafikę na ASP, ja - filologię polską na UŚ (po ukończeniu liceum plastycznego, jako jedna z nielicznych osób zdecydowałam się wybrać inną ścieżkę). Rozpoznałyśmy w sobie „siostrzane dusze” – przypadkowe spotkanie w pociągu zaowocowało wspaniałą przyjaźnią. 

To, co łączy Agnieszkę z bloga „laviolette” i Malwinę – to barwna i nieprzeciętna osobowość, otwarcie na świat i ludzi, wrażliwość i pozytywna energia, która z nich emanuje… Obie - inspirują...

Malwina - "Rajski ptak"... Jakiś czas temu miałam okazję - i przyjemność uwiecznienia kolekcji jej autorskich, ręcznie malowanych szali. Więcej wzorów w dalszej części wpisu oraz na profilu Malwiny na facebooku pod nazwą: Malwina Szczurek.


Poniżej przedstawiam żywe zestawienia kolorów: żółtego i niebieskiego, będące odpowiedzią na zaprezentowaną przez Agnieszkę kolekcję Caroline Biss: 
Nadruk na koszulce wykonałam w pracowni Malwiny. Wzór, oczywiście, stworzyła Malwina - ja go tylko odbiłam na prasie :-)
Torebka - prezent urodzinowy od Malwiny :-) W moim "urodzinowym" poście napisałam, że z powodu przeprowadzki nie mam teraz czasu chodzić po sklepach w poszukiwaniu nowych "łupów". Na szczęście, zostałam obdarowana tak dużą ilością sweterków, kolczyków i dodatków, że spokojnie mogę komponować kolejne zestawy :-) ! Naszyjnik - jest również prezentem, od mojej serdecznej koleżanki, Marty. Oczywiście: w moim ulubionym kolorze! :-)
Za każdym razem, gdy spotykam się z Malwiną - ma dla mnie jakiś upominek - bez okazji! A to broszka, a to wisior lub sznur korali... To takie niespotykane w dzisiejszych czasach! Korale widoczne na zdjęciu powyżej to właśnie taki "prezent bez okazji", który dostałam od Malwiny... Bransoletkę widoczną na zdjęciu dostałam od Ewy, blogerki z Irlandii, prowadzącej bloga z rękodziełem "made by Ewa Nowak":klik. Ewa również należy do wymierającego gatunku osób, które podzieliłyby się wszystkim, nawet gdyby miał być to "tylko" uśmiech. To jedna z tych wspaniałych "pokrewnych dusz", które miałam okazję poznać dzięki prowadzeniu bloga! Bluzeczkę kupiłam wykorzystując voucher, którym zostałam obdarowana w zeszłe urodziny przez moje przyjaciółki ze studiów - myślę, że przyjdzie czas, kiedy i o nich napiszę parę słów :-)
Bransoletka: jak wyżej. Szal - prezent urodzinowy od mojej kochanej przyjaciółki, Kasi :-)
Bluzeczkę kupiłyśmy z Lucy jakiś czas temu w ramach "uzupełniania garderoby", świetnie nadaje się dla osób o figurze "gruszki", marszczenia przy biuście optycznie powiększają górę i odciągają wzrok od szerszego dołu (ile razy pisałam tę sekwencję słów na naszym blogu??! :-)) Bransoletka - prezent urodzinowy od Lucy,  kolczyki - prezent od przyjaciółki, Karoliny (tej "od sweterków", patrz: post urodzinowy: klik :-)).
Ręcznie malowany szal autorstwa Malwiny, którym zostałam przez nią obdarowana. Poniżej zdjęcie pochodzące z  sesji zdjęciowej z udziałem samej artystki:
Kolczyki: made by Ewa Nowak, wisior z filcu, kupiony w jednym ze sklepów z biżuterią, w centrum handlowym.

Zestaw biżuterii: made by Ewa Nowak
Nowy pasek do aparatu, ręcznie robiony, który wygląda jak część garderoby (!), dostałam na urodziny od mojej serdecznej koleżanki "po fachu" - Asi. O Asi wspominałam w moich "ślubnych" postach. To ona była odpowiedzialna za fotograficzną oprawę naszego ślubu. Plener zrobiliśmy sobie z mężem sami, ze statywu :-), w Bornem Sulinowie - gdzie mieszkają moi ukochani dziadkowie...O mojej wyjątkowej babci przeczytacie tu: klik


Na koniec przedstawiam inne wzory szali z kolekcji Malwiny. Wszystkich zainteresowanych kupnem takiego oryginalnego dzieła sztuki, zapraszam do bezpośredniego kontaktu mailowego z artystką : mysia_sz@wp.pl 
Link do albumu Malwiny z szalami na facebooku: klik


Pozdrawiam, Martyna