poniedziałek, 25 lutego 2013

O tym jak Aurelie zaszczepiła we mnie miłość do gotowania

Świętowanie urodzin przedłużyło się, dlatego obiecanego kulinarnego wpisu w sobotę nie było… Proszę o wyrozumiałość! Utknęłam w kuchni przed planowanym przyjęciem rodzinnym – i już nie zdążyłam nic opublikować przed przyjściem gości. 


Chciałabym Wam dzisiaj przedstawić Aurelie, moją przyjaciółkę z Francji, która nauczyła mnie nie tylko mówić po włosku, ale i gotować. Studiowałyśmy i mieszkałyśmy razem w Turynie podczas wymiany studenckiej w ramach programu „Erasmus” . Gdy przyjechałam do Włoch miałam za sobą czteromiesięczny kurs gramatyki, ale z mówieniem miałam problemy. Aurelie spadła mi z nieba! Nie mówiła po angielsku, a przecież musiałyśmy jakoś się ze sobą porozumiewać okupując jeden pokój. I tak każdego dnia ćwiczyłam włoski, opowiadałam jej codziennie co było na zajęciach, co nowego i zabawnego mi się przydarzyło (a było sporo takich incydentów!), itp. – i tak, pod koniec mojego pobytu potrafiłam już pokłócić się po włosku, wziąć udział w dyskusji na zajęciach z historii sztuki i śmiało z każdym się dogadać. 


Dodatkowo, więź między mną a Aurelie umocniła się, gdy okazało się, że para Włochów, która wynajmowała nam pokój, próbowała oszukać nas i wyłudzić od nas pieniądze. Było sporo nerwów (wizyta w konsulacie polskim, interwencja na uniwersytecie, itp.) – ale miałyśmy w sobie oparcie. To było najważniejsze. 


To właśnie we Włoszech zaczęłam gotować. Mieszkając z rodzicami nie odczuwałam potrzeby, aby rozwijać kulinarne zdolności – wręcz nie lubiłam dni, w których musiałam odciążyć mamę w kuchni (a nigdy nie były to zaawansowane czynności!). Lucy wręczyła mi przed wyjazdem książkę kucharską, moją dzisiejszą „skarbnicę wiedzy”. Moim pierwszym daniem, ugotowanym w Turynie, była zupa pomidorowa – współlokatorzy poznali moją warzywną miksturę jako typowe polskie danie – podobno bardzo im smakowała, mimo iż smak baaardzo odbiegał od „oryginału”!!! Aurelie zainspirowała mnie. Na początku każda z nas gotowała na własny użytek, ale pod koniec „Ersamusa” planowałyśmy wspólnie nasze posiłki. Do specjałów Aurelie należał „kurczak po francusku” (tak go sobie nazwałam i pod taką nazwą zna go moja rodzina i przyjaciele), tarta serowa  i babeczki z „tajnym” nadzieniem.

Ja i Aurelie, Turyn 2010

Na przyjęcie urodzinowe przygotowałam: ciasto „lodowiec” według przepisu mojej babci, babeczki według przepisu Aurelie i „papryki nadziewane seksapilem” z przepisu Macieja Moroza, który zaprezentował właśnie to danie w jednym z odcinków programu „Ugotowani”. Uwielbiam eksperymentować w kuchni i wprowadzać nowości do jadłospisu. Myślę też, że jestem bardzo „odważna” serwując gościom potrawy, których wcześniej nie robiłam! Z powyższej listy taką „świeżynką” był dla mnie "lodowiec".


Lodowiec - z przepisu babci Marysi
 Przepis:

Robimy galaretkę o smaku truskawkowym / wiśniowym - zostawiamy do wystygnięcia, wkładamy do lodówki, aby lekko stężała (jak zacznie tężeć należy ją roztrzepywać widelcem)
Na dnie tortownicy układamy biszkopty "w parasolkę" (na sztorc, ale mnie zabrakło biszkoptów, więc poukładałam je na płasko), luki wypełniamy herbatnikami
Biszkopty "ponczujemy", to znaczy skrapiamy łyżką kawy :-)  (można to zrobić delikatnie palcami); robimy masę:
4 żółtka ucieramy lub miksujemy z 4 łyżkami cukru

Dodajemy 1 łyżkę kopiatą mąki ziemniaczanej - po trochę - i miksujemy
Zostawiamy masę i oddzielnie: należy ugotować 1 szklankę mleka z 1 cukrem waniliowym --> cukier wsypywać na gotujące mleko, tym mlekiem zalewamy masę i gotujemy 3 minuty cały czas pilnując, żeby się kluski nie zrobiły :-) ! Całość zostawiamy do wystygnięcia 
Na zdjęciu u góry: oddzielnie ucieramy kostkę PALMY (oryginalnie w przepisie jest masło, ale babcia dodaje PALMĘ)
Do utartej Palmy dodajemy po łyżce masy {tego "budyniu"} (ma być zimna!) - pod koniec ucierania wlewamy pół szklanki kwaśnej śmietany 18%  - i znów miksujemy ; WAŻNE: śmietana i Palma nie mogą być z lodówki, muszą trochę "odstać"
WAŻNE: masa powinna być "jak kiełbasa" - gęsta, nie taka jak na zdjęciu powyżej :-) Ja o tym zapomniałam i trochę za krótko ucierałam :-) Ale wyszło! ;)
Masę wykładamy na biszkopty po łyżce dookoła, na wierzch kładziemy brzoskwinie (odcedzone wcześniej na sitku)
Całość zalewamy tężejącą galaretką i wkładamy do lodówki :-)
Poniżej przedstawiam zdjęcia Aurelie podczas przygotowywania babeczek. Pierwotnie miałam zamiar umieścić przepis, ale przecież jest to autorska "ricetta" Aurelie, więc powinnam wcześniej zapytać o pozwolenie. Moja francuska przyjaciółka studiowała prawo, ale jej marzeniem było założenie i prowadzenie własnej cukierni.

Aurelie podczas przygotowywania babeczek... Mniam!
Babeczki wykonane przez Aurelie
I moje babeczki. Nie udało mi się kupić aluminiowych foremek, skorzystałam z papierowych...

I na koniec przedstawiam "papryki  nadziewane seksapilem" z przepisu Macieja Moroza, bohatera programu "Ugotowani":


Na farsz składają się: ryż brązowy: jedna lub dwie saszetki - w zależności na ile osób przygotowujemy, paczka lub siatka pieczarek, 2-3 jajka, 1 puszka lub 2 pomidorów, cebule, 3 ząbki czosnku, 3 łyżki keczupu, 2 łyżeczki oregano, 1 łyżeczka tymianku, kawałek ostrego sera (ja daję ser czedar) - do posypania na wierzch, natka pietruszki (ja nie daję, bo mój mąż nie przepada za pietruszką), sól i pieprz. Ja dodałam mięsny składnik w postaci kawałków kurczaka. Oryginalny przepis z proporcjami dla 4 osób znajdziecie tutaj:

http://ugotowani.tvn.pl/przepisy/zupa-cebulowa-papryka-brzoskwinie-i-melony-czyli-uwodzicielski-stol-macieja,37671,1.html

Przyjęcie urodzinowe udało się! Oprócz potraw, przygotowałam prezentację złożoną z moich zdjęć - od dzieciństwa do teraz. Chciałabym się również z Wami podzielić drobną cząstką tego "dzieła". Wiecie jak obecnie wyglądam, dlatego przedstawiam kilka fotek z dzieciństwa:

Lubiłam jeść :-)
"Zerówka", sweterek zrobiła dla mnie Lucy - na drutach
I jedno z moich ulubionych zdjęć: ja zapłakana, a moja siostra w najlepsze pije oranżadę ! :-)
I tym miłym akcentem żegnam się z Wami - i do usłyszenia! 

Martyna


36 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Pełna zgoda, jak dla mnie również wygląda bardzo apetycznie. Co prawda nie wiem jak się ma do tego to, że chcę się odchudzać, ale chyba się skuszę jeszcze dzisiaj, o ile nie zamkną mi sklepu. Pozdrawiam i biegnę!

      Usuń
    2. Cha! Proszę dać znać czy i jak wyszło! Ja też dbam o linię, ale od czasu do czasu dobrze jest się rozpieścić :-) Pozdrawiam! Martyna

      Usuń
  2. Muszę wypróbować, niestety jakoś nie jestem mistrzynią gotowania i miłośniczką tej sztuki, ale kto wie, może coś mi w końcu wyjdzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, z tym nikt się nie rodzi (tak myślę) - to jest tak, jak ze wszystkim: najpierw ci się nie chce, ciężko jest zacząć, a jak już się wdrożysz - czujesz satysfakcję z dobrze wykonanego zadania - i chcesz się rozwijać. Może ten "instynkt" kulinarny jeszcze przyjdzie?? :-)

      Usuń
  3. Po tak entuzjastycznym poście wnioskuję że przyjęcie się udało:)))fajnie jest mieć taką przyjaciółkę:))Ale pyszności tam mieliście:)))chętnie coś podpatrzę:))))Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, tak! Udało się! :-) Dziękuję, Reniu - i również pozdrawiam!

      Usuń
  4. Mniam, jakie smakołyki! Papryczki faszerowane bardzo lubię! Zdjęcia wspomnieniowe - cuudne!

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem spokojna, bo widze, ze impreza sie udala!
    Tak myslalam, ze nie podolasz tylu obowiazkom w sobote, zeby jeszcze z postem zdazyc! piszesz o swoim miescie. A wiesz, nasze szczescie jak sie okazuje jest tam, gdzie ludzie, ktorych kochamy a oni nas. Warszawe tez daze wielkim sentymentem, bo to najpierw lata studiow mojej siostry, liczna rodzina, pozniej moje studiowanie i najlepsza przyjaciolka, ktora jest jak siostra, mimo, ze tak rzadko sie widzimy, to wiem, ze zawsze moge na nia liczyc i jej mieszkanko na Ursynowie, a wczesniej na Milej stoi dla mnie zawsze otworem. Zdjcia - wspomnien czar. Pamietam, pamietam orenzade w takich butelkach jak trzyma twoja siostra w dloniach. Alez ta orenzada miala smak, mniammm!
    sciskam was mocno dziewczyny i zycze milego tygodnia,

    P.S. nie wiem czy w przyszla sobote dam rade dodac posta, bo z kolei ja ide na impreze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, Aguś: nasze miejsce jest tam, gdzie ludzie, których kochamy. Ale wiesz, tak ponarzekałam na Zabrze, a to miasto tak się teraz rozwija, Zabrze ma Dom Muzyki i Tańca, Teatr Nowy - a w Mysłowicach takich atrakcji nie znajdziesz! ;) Ale za to do Katowic bliżej! // Czuj się rozgrzeszona w kwestii sobotniego posta :-) Chyba, że uda Ci się napisać treść w piątek wieczorem i opublikować w sobotę rano?? :D Uściski, Martyna. Ja i Lucy również życzymy Ci udanego tygodnia! :)

      Usuń
  6. Przerzucam zdjęcia jedzonka i przerzucam... Mniam mniam, ale bym taką babaczkę teraz pochłonęła ;)A fotka z bolącą nogą jest rewelacyjna! :D

    OdpowiedzUsuń
  7. ahh, jakie pysznosci... KUSISZ!

    OdpowiedzUsuń
  8. Smak tej oranżady był niepowtarzalny. Wspaniałe zdjęcia z rodzinnego albumu, smakowite ciasta i do tego wspomnienie bezinteresownej przyjażni, której tak rzadko się doświadcza.
    Wzbudziłaś we mnie czas na wspomnienia......

    U Agi wyczytałam, że mieszkasz w Zabrzu....mam tam sporo rodzinki i często bywam. Może miasto nie jest urokliwe ale ważniejsze są osoby, które nas otaczają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć Lusiuniu! Zgadzam się z Tobą, ten smak pozostał w zakamarkach mojej pamięci, faktycznie: był niepowtarzalny! Nie, nie mieszkam już w Zabrzu - tam się wychowałam, obecnie mieszkam w Katowicach, a od kwietnia będę mieszkanką Mysłowic :-) Napisałam u Agusi, że nie przepadałam za moim miastem rodzinnym, dzisiaj widzę jak bardzo miasto się rozwija, nie jest źle... :-) Moja przyjaciółka Kasia mówi "Bo to ludzie tworzą miejsca" - i tego chcę się trzymać! :-) // Cieszę się i jest mi miło, że mój wpis pobudził Cię do snucia własnych wspomnień - i ta ORANŻADA :)) Ściskam, Martyna

      Usuń
  9. Chyba skorzystam z Twojego posta i coś sama przyrządzę. ; )

    OdpowiedzUsuń
  10. Gratuluję wspaniałego przyjęcia.Podziwiam , że masz odwagę podać dania , które wcześniej
    nie trenowałaś.Prościej byłoby kupić gotowce, tak jak wielu z nas robi.
    Ale za to smak i wygląd niepowtarzalny.Napewno warto było sobie zadać trudu.
    Dobrze,że łączysz przepisy Babci z nowościami kulinarnymi.
    Życzę dalszych sukcesów w gotowaniu, pieczeniu ,itp. Jesteś człowiek orkiestra- dajesz
    sobie radę w zależności od sytuacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Człowiek orkiestra" - jakie miłe to określenie! Dziękuję :)) Ja jedynie się staram dawać z siebie 100% na wielu płaszczyznach mojego życia, ale wiadomo: czasem wyjdzie lepiej, czasem gorzej :-) Dziękuję za komentarz i miłe słowa! :-)

      Usuń
  11. Ale smakowity post ;)mniam, mniam. Ciasta pięknie wyglądają, i na pewno dobrze smakują !
    Ciasta powinnam omijać szerokim łukiem, ale papryczką to się poczęstuję :) (wirtualnie)
    Oooj pyszne :))))
    Fotki super, lubię takie wspomnienia przy starych fotografiach

    OdpowiedzUsuń
  12. Przyjaciółka z Francji, któa nauczyłą mnie mówić po włosku;-) FAJNE
    Wszystko wyglada smakowicie...cieszę się, ze przyjęcie udane.
    Tez lubię taki uridzinowy kolaż zdjęć. Moim dzieciom na 1 urodzinki zestawiłam zdjęcia z każdego mca z podpisanymi wymiarami;-))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martyna aż brak mi słów. Jest mi niezmiernie miło i dziękuję bardzo za taki komentarz. Cieszę się, że widać moje starania, bo faktycznie wkładam dużo serca i bardzo "przeżywam wszelkie przedsięwzięcia".
      Teraz chciałabym udoskonalić troszke bloga...przede wszystkim jakiś konkretny nagłówek ( chociaż nie mam jeszcze pojęcia jak wstawić zdjęcie z tytułem- komp nie są moją mocną stroną;-)) i popracować nad zdjęciami.
      Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję.
      Ewa

      Usuń
  13. Wielkie szczęście spotkać taką osobę, to się chyba nazywa "bratnia dusza", wtedy nadajemy na tych samych falach. Pyszności u Ciebie, widzę, że przyjęcie się udało. Ja bardzo lubie takie ciasta bez pieczenia więc spisze sobie przepis, już parę takich ulubionych mam. Kiedyś nie przepadałam za gotowaniem i robieniem słodkości, teraz to się zmieniło, choć ostatnio robię to dla rodziny, nie dla siebie, bo chcę co nieco zrzucić, a takie stare zdjęcia z dzieciństwa mnie rozbrajają.... pozdrawiam Ciebie i Lucy...

    OdpowiedzUsuń
  14. Jak najbardziej możesz mnie 'cytatować'. ; D Będzie mi miło.
    A z wykorzystaniem Twojego przepisu czekam do pierwszego.. Cóż koniec miesiąca, te sprawy. ; D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polubiłam na fejsie. ; )
      Oczywistą rzeczą jest, że każdy chce wyjść na zdjęciu jak najlepiej. A faktem też, że aparat często kłamie. Można modelkę uchwycić tak, że schudnie z 3 kilo lub strzelić fotkę 'od dupy strony' i zniszczyć jej figurę złym ujęciem... I właśnie w ten sposób lubię pracować. Często wręcz biegam wokół dziewczyn szukając 'tej linii', która uwydatni jej wszystkie zalety a ukryje wady. ; )
      Osobiście nie chciałabym, żeby ktoś wyszczuplił mnie w programie. Najmilsze jest, gdy wyjdzie się na zdjęciu pięknie i ma się świadomość, że tak się właśnie wygląda. ; D
      No ale ludzie są różni i nie każdy siebie akceptuje. ; <

      Usuń
    2. Dziękuję Ci bardzo za polubienie nas na facebooku! Jest mi bardzo miło! :-) Spróbuję ustosunkować się do tego, co napisałaś o procesie obróbki, fotografowaniu kobiet... Z jednej strony zgadzam się z Tobą: należy zadbać o najkorzystniejsze sfotografowanie modelki, uwydatnienie zalet i pamiętaniu o podstawach: czyli np. nie użyjemy oświetlenia Butterfly przy osobach z dużych nosem, itp. Jeżeli chodzi o obróbkę, to chciałabym się powołać na słowa Katarzyny Rzeszowskiej, która w wywiadzie na Foto Kuriera na pytanie "Czy pozwala Pani sobie >>poprawiać<< ciało modelek w PS, np. >>odchudzając<< je albo powiększając niektóre części ciała?" odpowiada: "Odpowiedź jest oczywista: kto teraz tego nie robi? Tego wymaga rynek, tego wymagają klientki. Nieraz trzeba naprawdę niewiele: jakaś drobna kosmetyka. Innym razem trzeba trochę posiedzieć przed komputerem, ale nie nazwałabym tego >>pozwalaniem sobie<< - to po prostu norma. Nic wielkiego." Myślę, że jeżeli chodzi o zlecenia komercyjne, cała kwintesencja mieści się w tych słowach. To, co Ty napisałaś na swoim blogu tak bardzo mi się podoba, bo zakłada odpowiednie PRZYGOTOWANIE SIĘ do sesji, dzięki któremu można zapobiec pewnym późniejszym rozczarowaniom. Pozdrawiam :)) M.

      Usuń
    3. To co wyżej napisałam dotyczy tylko mojego spojrzenia na fotografię i wierzę, że wiele osób chciałoby się tego nawet trzymać, ale jak wynika z Twojej wypowiedzi.. Cóż chodzi o rynek, zarabianie. I jak powiedziała Rzeszowska - stało się to normą. Dlatego cieszę się swoją amatorszczyzną w tej dziedzinie i tym, że nie muszę z fotografii żyć, co za tym idzie nie muszę się podporządkowywać dzisiejszym standardom. Po prostu bawię się tym z koleżankami. Chciałabym oczywiście kiedyś zarabiać jakąś kwotę na tych fotkach i mam świadomość, że wtedy już raczej będę musiała przyjąć fotoszopkowe zasady, żeby mieć klientów. Taki świat i nic się nie poradzi. ; )
      I właśnie przygotowanie się do sesji to rzecz podstawowa! ; ) Tak z drugiej strony bawi mnie trochę, gdy widzę filmiki z sesji typu: profesjonalny sprzęt, lampy i inne bajery, a efekty... smutne. Albo też znajomi mający genialne aparaty, na które długo jeszcze nie będzie mnie stać, wykorzystujący tylko ich 10% możliwości. Do tego worka włożę jeszcze beznadziejnie obrobione zdjęcia.. Z tego wniosek, że dobry sprzęt i program, nie gwarantują sukcesu. Całą podstawą zdjęcia powinna być porządna sesja, że poprawki były jak najmniej konieczne. ; )
      Dodam jeszcze jeden przykład z którejś polskiej strony dla fotografów i modelek. Fotograf zrobił zdjęcie tyłka młodej dziewczyny w rajstopach z jakiś paskiem chyba i obrobił. Tak po obróbce wygląda pupa bardzo dobrze, tylko gdy przyjrzałam się oryginalnej fotce, stwierdziłam, że gdyby modelka inaczej nóżki ułożyła, tyłeczek poszedłby i tak trochę w górę i byłby bardziej jędrny i bez żadnej programowej pomocy.

      Usuń
    4. Zgadzam się z Tobą! Najważniejsze jest wprawne oko i myśląca głowa, sprzęt może tylko pomóc, ale nie on jest najważniejszy. Niestety, zdarza się, że ktoś swoje błędy (np. dotyczące poprawnej ekspozycji) próbuje tłumaczyć swoją autorską wizją - a brak pomyślunku podczas sesji zdjęciowej tuszuje zachowaniem o którym wspomniałaś (sytuacja z pupą). Etap, na którym się znajdujesz, czyli czerpanie przyjemności i satysfakcji z sesji z koleżankami, jest w moim odczuciu najpiękniejszy - napawaj się tymi momentami i tą niezależnością. Nazywając swoje działania amatorszczyzną ujmujesz sobie talentu, a nie brakuje Ci go! Masz świeże spojrzenie i wiem i czuję, że wspaniała droga przed Tobą! Nie miałam zamiaru urazić Cię z żaden sposób, to były moje dywagacje na temat wykorzystania obróbki w fotografii komercyjnej. Ale rzecz w tym, że nawet koleżanki mogą oczekiwać, że na fotografiach wyjdą nieskazitelne, nogi będą długie i bez cellulitu, cera gładziutka jak pupa niemowlaka, itp. - czasopisma lansują taki wygląd, na co dzień obracamy się wśród takich fotografii, itd. Tęsknię momentami za czasami, kiedy robiłam sesje zdjęciowe moim koleżankom starym Zenitem na klisze. Żadnej obróbki, a wszystkie ujęcia z 36-klatkowej rolki były przemyślane już na etapie wciskania migawki (nic nie mogło się zmarnować). Ciesz się swoją fotografią i rozwijaj, jesteś mądrą dziewczyną i gratuluję Ci odwagi w wyrażaniu swojej opinii i dojrzałości. Pozdrawiam :-) Martyna

      Usuń
    5. Jejku.. Dziękuję za tak dużo miłych słów!
      Odnośnie koleżanek. Ajj Zdarzało się nie raz marudzenie, że wyszła któraś za grubo czy po prostu źle. Ale tutaj miałam czyste sumienie, bo nic nie brałam za zdjęcia. Czysta sytuacja, wspólna zabawa i próby. Raz bardziej udane, raz mniej.. ; >
      Cóż co do autorskiej wizji.. Ostatnio sama specjalnie jedno zdjęcie 'prześwietliłam' już podczas obróbki, wiedząc doskonale, że robię błąd. Jednak przez to prześwietlenie oczy modelki nabierały takiej genialnej intensywności, że nie potrafiłam się powstrzymać. (Dziwnie psuć zdjęcie, by lepiej wyglądało... ; / )
      I ostatnia rzecz: Wspomniałaś o 36-klatkowej kliszy.. Muszę trochę z tym popróbować. To jest chyba najlepsza lekcja fotografii jaka może być. Przydałoby mi się. Bo wciąż robię zbyt dużo zdjęć nieprzemyślanych, kierując się zasadą im więcej tym lepiej, w którymś momencie złapiemy 'to coś'. A od takiego myślenia chciałabym odejść jednak. ; )

      I jeszcze raz muszę podziękować. Przyjemnie jest mi bardzo, gdy ktoś docenia moje starania. ; )

      Usuń
  15. Ach cudownie mieć taką przyjaciółkę!
    I fajnie znać włoski;)
    Niestety z gotowaniem u mnie na bakier, nie lubię;)
    Za to lubię zjeść;)
    Pyszności pokazujesz nam tutaj na zdjęciach i cudowne wspomnienia z dzieciństwa!
    \
    Ps. Pytałaś o mojego kotka to rasa pers;)
    Moja Natalka młodsza córka, lubi go zaczepiać i sie z nim bawić, nigdy jej celowo nie zrobił krzywdy, mimo np ciągnięcia za ogon. Kotka znosi to dzielnie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Olu! Ten włoski niestety zaczyna kuleć! Organ nieużywany zanika... Coraz trudniej znaleźć mi słowa, gdy rozmawiam z Aurelie na skypie, ale jest też motywacja, aby się podciągnąć! Dziękuję za komentarz - my na razie oglądamy brytyjczyki na Allegro :-)

      Usuń
  16. Erasmus to niezapomniane doświadczenia, moja córka była w Neapolu a ja dzięki temu miałam okazję zwiedzać to cudne miasto i niezwykłe okolice. Jak to miło przeczytać, że oprócz wielu wrażeń i doświadczeń zdobyłaś także szlify kulinarne - co oczywiście widać, pycha taki tort! Natomiast taka przyjaciółka to skarb, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Napatrzyłam się na te wspaniałe pyszne słodkości i od razu i mnie się zachciało coś upiec, serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  18. wszystko co tu zostalo zaprezentowane do spozycia jest absolutnie wysoko na mojej liscie ulubionzch deserow.

    OdpowiedzUsuń

Dziękujemy za komentarze :)